|
Amerykańskie bomby, które spadały na
Gdynię w sobotnie popołudnie, 9 października 1943r.,
zabijały wszystkich bez wyjątku. Umierali Polacy,
Niemcy, Anglicy, Francuzi iWłosi. Bomby sypały się z
nieba jak kartofle z rozerwanego worka. Cel nalotu był
jasny - zniszczyć Gotenhafen - największą na Bałtyku
bazę Kriegsmarine. Port, stocznie, fabryki. Wciągu
dwudziestu pięciu minut zginęły dwa tysiące ludzi. Ilu
spłonęło żywcem na parowcu m/s "Stuttgart" nie dowiemy
się już nigdy.
- Nikomu nie zależy, żeby to ujawnić -
mówi Waldemar Kohnke, najprawdopodobniej jedyny żyjący
świadek tragedii. - Pewnie koło tysiąca. To był duży
statek, większy niż nasz "Batory".
W sobotę 9 października, gdy setki
Niemców umierały na jego oczach, miał dziesięć lat. Stał
i patrzył, jak płonie wielki statek. - Amerykanie
zbombardowali statek szpitalny, a to jest zbrodnia
wojenna. Niemcy go nie ugasili, bo nielegalnie
przewozili amunicję. By zatrzeć ślady, zatopili statek i
szybko o nim zapomnieli.
Polacy po wojnie mieli swoje problemy.
Wrak rozerwano ładunkami wybuchowymi i przetopiono w
hutach. Po "Stuttgarcie" i jego pasażerach zostały
kawałki blach i mazut snujący się po dnie Zatoki
Gdańskiej.
- Więc po co pan chce, żebyśmy o tym
napisali? - pytamy.
- Trzeba jakoś uczcić tych ludzi.
Inaczej będą się dopominać o pamięć - starszy człowiek
ciężko wzdycha. -Tajemnica ciąży, obarczając kolejne
pokolenia niepokojem.
Waldemar Kohnke urodził się, gdy Hitler
został kanclerzem III Rzeszy. Dziś ma 73 lata. Jest
emerytowanym inżynierem. -Ciągle słyszę w tyle głowy:
Hilfe! Hilfe! Widzę płonący pokład i białe łokcie, które
próbują przez za małe bulaje wydostać się na wolność. I
ten krzyk pełen bólu. Tego nie można zapomnieć. Ja nie
umiem.
Najważniejszy niemiecki port na
Bałtyku
Gdynia wIII Rzeszy nazywa się
Gotenhafen. Od 19 września 1939 r. Polskie miasto "z
morza i z marzeń" okupanci zamienili w bazę Krigsmarine.
Sprowadzono tu rodziny dygnitarzy hitlerowskich -
aparatu administracyjno-policyjnego, pracowników
cywilnych i wojskowych. Polacy, których nie zamordowano,
nie zamknięto w obozach i nie zesłano do Generalnej
Guberni, zamieszkali na przedmieściach. Ze 125 tys.
została niecała połowa.
Darmową siłę roboczą stanowiła ludność
sprowadzona z całej Europy na prace przymusowe. Ponad
czterdzieści tysięcy. Francuzi, Anglicy, Włosi i
Rosjanie. Osadzono ich w 30 obozach. Są niezbędni, bo
port, stocznia i fabryki zbrojeniowe pracują na trzy
zmiany. Przedwojenne składy Cukroportu, America Scantic
Lines, Panta Rei przerobiono na magazyny zaopatrzenia
wojska, na okręty wojenne czekają hale pełne mundurów,
lekarstw i żywności. W hangarach leżą równe rzędy torped
i skrzynie pełne amunicji. Dawny port handlowy stał się
gigantyczną bazą wojenną. Na miejscu "Batorego" i
"Piłsudskiego" cumują legendarny pancernik "Bismarck" i
"Schleswig-Holstein". W sąsiednim basenie bosmańskie
gwizdki wzywają załogę pancernika "Gneisenau". Jego
wielki cień przysłania statki pomocnicze i szpitalne:
"Cap Arconę", "Goyę", "Wilhelma Gustlofa" i "Stuttgart".
W bazie działa największy ośrodek szkolenia załóg
okrętów podwodnych w Rzeszy.
Tam, gdzie w latach 30. powstawał
pierwszy polski statek, teraz remontuje się i buduje
setki okrętów. W stoczni pracuje sześć tysięcy osób.
Zatrudnienie wciąż rośnie, bo niedługo ma ruszyć budowa
lotniskowców.
Alianci szybko orientują się, że
Gotenhafen trzeba zniszczyć. Lepiej atakować okręty
stojące przy nabrzeżach i w stoczniach, niż ścigać
Niemców na morzach.
Po raz pierwszy czterosilnikowe fortece
nadlatują w czerwcu 1942 r. Bomby spadają niecelnie i
straty są niewielkie, ale Niemcy już nie mają złudzeń.
Gotenhafen stało się obiektem szczególnej uwagi
wroga.
Wzmacniają artylerię przeciwlotniczą, a
w bazie pojawia się włoski batalion zadymiania
"Nebiogino Bataglione"
z urządzeniami do wytwarzania i
stawiania sztucznej mgły. W ciągu kilkunastu minut są
wstanie ukryć całą bazę pod śnieżnobiałą pierzyną.
Śmierć leci przez mgłę
- Pamiętam jak dziś - opowiada Waldemar
Kohnke. - To był piękny, słoneczny dzień. Wałęsamy się z
kumplami po Oksywiu. Mieliśmy się rozchodzić do domów,
bo zbliżała się pora obiadu. Wtem usłyszeliśmy wycie
syren. Nalot. Jak to dzieciaki, poczuliśmy dreszczyk
emocji.
- Nie baliście się?
- Nie. Strachu nie było. Wiadomo, bomby
polecą na port i fabryki broni. Nawet ucieszyliśmy się,
że Italiańcy będą puszczać mgłę. Pobiegliśmy szybko na
górę, żeby lepiej widzieć.
Centrum Gdyni i port leżą w dolinie. Po
obu stronach wznoszą się strome wzniesienia: Kępa
Redłowska i Oksywska. Ostry klifowy brzeg wpada tam
wprost do zatoki.
- Początkowo było jak zwykle.
Najpierw syreny, po chwili biały dym zaczął otulać
dolinę -wspomina Kohnke. -Potem głuche dudnienie.
Czekaliśmy, aż mgła zacznie opadać. Poprzednio zawsze
było super. Gdy samoloty znikały, z każdą minutą
wyłaniały się nowe szczegóły. Najpierw maszty, potem
kominy, wreszcie całe statki i budynki. Na końcu
pojawiało się morze. Pyszny widok. Tym razem było
inaczej. Nad Gotenhafen nadleciało 500 samolotów 8.
Floty Powietrznej USA. Każdy z nich niósł pod skrzydłami
5 ton bomb.
Nie pomogła mgła ani artyleria
przeciwlotnicza. W trakcie ataku w bazie panuje
olbrzymia panika. Trajkoczą działa. Niemcy próbują
trafić wroga. Obrona jest jednak beznadziejna. Trafiają
tylko 28 fortec, pozostałe z otwartych komór bezkarnie
zrzucają ładunek. Z nieba przykrytego gęstą mgłą bomby
lecą jedna za drugą. Każda niszczy wszystko w promieniu
200 metrów. Rozrywają metalowe kadłuby statków, a
trafione budynki rozpadają się w tumanach kurzu. Huk,
płomienie i dym. Kaskady wyrzucanej z wielką siłą wody
rozbijają się o nabrzeża, spłukując gruzy i krew.
- Spustoszenie w Gdyni było straszne,
ulice zawalone rumowiskiem. Na ulicach trupy, części
ludzkich ciał, które Niemcy natychmiast kazali zbierać i
składać do skrzyń - opisuje skutki nalotu Klemens
Przewoski, proboszcz z Oksywia, we wspomnieniach
opublikowanych przez "Rocznik Gdyński" z 1991 r.
Krzyk o pomoc
- Statek został trafiony bombą i
błyskawicznie zajął się ogniem - mówi Kazimierz
Małkowski działacz Koła Starych Gdynian, autor
przewodników po Gdyni. - Wedle relacji świadków, którzy
byli wtedy w porcie, gwałtowny pożar ogarnął cały
pokład. Ci, którzy nie uciekli tuż po trafieniu, nie
mieli już szans na ocalenie.
Jak olbrzymi ogień trawił "Stuttgart",
doskonale widać na fotografii zrobionej przez Amerykanów
w trakcie nalotu. Jedną czwartą portu przykrywa dym
unoszący się ze statku.

Waldemar Kohnke: - Zbiegliśmy
zaciekawieni z góry, bo gdy odleciały samoloty,
zobaczyliśmy smolistą smugę. Na dole zrozumieliśmy, co
się dzieje. Wycie ludzi roznosiło się po zmasakrowanym
bombami porcie. Skamieniali staliśmy wpatrzeni w białą
burtę, w wielki czerwony krzyż. Olbrzymi słup ognia
strzelający z nadbudówki na rufie sięgał nieba, a
mniejsze jęzory omiatały cały pokład. Z otwartych
bulajów wystawało kłębowisko ludzkich głów i rąk. I ten
krzyk opomoc.
Statku nikt nie gasi. Po godzinie
komendant bazy kontradmirał Joachim Plath wydaje rozkaz,
by płonący parowiec opuścił port. Koło 14 dwa holowniki
wyprowadzają jednostkę na redę. Statek kiwa się na
płytkiej wodzie naprzeciwko klifu wznoszącego się nad
zatoczką. Przycupnęły w niej drewniane łodzie. Porzucony
kilometr od stromego brzegu "Stuttgart" płonie żywym
ogniem. Właściciele łódek, mieszkańcy rybackiej osady na
Oksywiu doskonale widzą dramat Niemców.
Klemens Przewoski: - Statek palił się
jak pochodnia. Żar, który bił od niego, był tak wielki,
że dla innych statków, które chciały go ratować,
niemożliwe było się do niego zbliżyć. Daremnie marynarze
niemieccy z okrągłych okien wołali o pomoc. Nie było dla
nich ratunku. Opowiadano, że Niemcy, aby skrócić męki,
strzelali do nich z nabrzeża.
Mijają kolejne godziny. Wieczorem
zjawiają się trzy dozorowce Sicherungsflottille.
Artylerzyści celują tuż przy linii wody. Gdy burtę
"Stuttgartu" przebija 25. pocisk kalibru 88 mm, statek
przechyla się i tonie. Rozkaz zatopienia wydało MOK Ost
- Naczelne Dowództwo Wschód, a po miesiącu, 26
listopada, Kriegsmarine oficjalnie powiadomiło armatora
o utracie statku.
Z wraku wymontowano dwie kotwice.
Trafiły do bazy w norweskim fiordzie Stavanger.
Wszyscy, którzy tam byli, zginęli na
miejscu
Gdy parowiec zapadał się w wody Zatoki
Gdańskiej, miał 19 lat. Od czterech służył w
Kriegsmarine jako pływający szpital. Zbudowany w
szczecińskiej stoczni AG Vulcan dla Norddeutscher Lloyd
był początkowo ekskluzywnym wycieczkowcem. W dziewiczy
rejs popłynął w 1924 r., zabierając z Bremerhaven do
Nowego Jorku kilkuset pasażerów. Po czternastu latach,
gdy się zestarzał, został sprzedany nazistowskiej
organizacji związkowej Deutsche Arbeitsfront i wszedł w
skład flotylli statków "Kraft durch Freude". Luksusowe
apartamenty zamieniono na ekonomiczne kabiny dla
niemieckich robotników. III Rzesza fundowała im, w
zamian za ciężką pracę, wczasy na morzu.
Na dwa miesiące przed wybuchem wojny
przejęła go marynarka wojenna. Po remoncie "Stuttgart"
staje się pływającym szpitalem dla 485 pacjentów.
Dogląda ich 120 pielęgniarek i kilkunastu lekarzy. Do
tego ponad 300 marynarzy. Razem prawie tysiąc osób.
Świeżo upieczony "Lazaretschiff C" ma 170 m długości,
kilka poziomów mieszkalnych. Kajuty dla chorych są na
górnych piętrach, sale szpitalne i gabinety na
rufie.
Jesienią 1943 r. na pokład statku
trafili ciężko ranni weterani walk na Ukrainie i
Kaukazie.
-W czasie wojny, każda ze stron
konfliktu podaje listę jednostek, które będą miały
statut statku szpitalnego. Są nietykalne i nikt nie ma
prawa ich atakować - tłumaczy komandor dr Adam
Szulczewski z Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. -
Statek szpitalny nie może być uzbrojony i musi być
pomalowany na jasny, kontrastowy kolor, mieć symbol
czerwonego krzyża na burcie. Jeżeli rusza w rejs, to
dowództwo floty podaje do ogólnej wiadomości jego trasę.
Taka jednostka jest chroniona prawem międzynarodowym i
atak na nią jest uznawany za zbrodnię wojenną.
- Więc dlaczego został zbombardowany? -
pytamy komandora.
Siedzimy już czwartą godzinę w jego
gabinecie. Okna wychodzą na port wojenny, który 64 lata
temu próbowali zniszczyć Amerykanie. Akademia Marynarki
Wojennej mieści się na Oksywiu, kilometr od miejsca
gdzie płonął
"Stuttgart".
- Nie mam wątpliwości, że "Stuttgart"
został trafiony przez przypadek - tłumaczy komandor. - Z
wysokości 2,3 km, a na takiej leciały samoloty, taki
statek jest wielkości zapalniczki. Kamuflaż, jakim był
okryty od strony morza, dodatkowo uniemożliwiał
rozpoznanie statku szpitalnego. Zresztą, piloci mieli
zrzucać bomby na określony obszar. W tym przypadku port
i stocznię. To nie było jakieś finezyjne strzelanie. Nad
celem otworzyli luki i bomby poleciały w dół.
- Dlaczego Niemcy pomalowali go w
barwy maskujące, skoro był chroniony prawem?
- Nie malowali go, po prostu przykryli
siatką od strony wody. Taki jaskrawy element, jak biały,
duży statek jest świetnym punktem orientacyjnym dla
przeciwników. Zwłaszcza że liczne źródła wskazują, iż
Niemcy nie mieli czystego sumienia.
Intencje okupanta bez ogródek ocenia dr
Aleksy Kazimierczak, historyk z AMW, wartykule "Samoloty
nad Gotenhafen", opublikowanym w"Roczniku Gdyńskim".
"Zbombardowano też zarejestrowany jako statek szpitalny
Kriegsmarine parowiec pasażerski "Stuttgart", który
faktycznie spełniał rolę bazy okrętów podwodnych.
Załadowany torpedami, amunicją i paliwem był gotowy do
wyjścia na Atlantyk. Gdy wybuchł na nim pożar, w obawie
przed nieobliczalnymi skutkami dla całego portu i
miasta, pospiesznie wyholowano go na redę i
zatopiono".
Czy pływający na "Stuttgarcie"
wiedzieli o jego podwójnej roli? Nie wiemy. Zachowała
się relacja pielęgniarki, która uszła z życiem z
płonącego statku. Można ją znaleźć w publikacji wydanej
w1979 r. z okazji 125-lecia Hamburskiego Czerwonego
Krzyża "Stationen der Menschlichkeit 125 Jahre Rotes
Kreuz in Hamburg".
Siostra w liście do przyjaciółki pisze:
"W trakcie obiadu zawołano dwie pielęgniarki, aby poszły
na salę operacyjną. Kto by pomyślał, że nigdy już ich
nie ujrzę. Wkrótce ogłoszono alarm przeciwlotniczy.
Wszystkie pielęgniarki zostały na swoich miejscach,
byliśmy przekonani, że oznakowany statek szpitalny nie
będzie atakowany. Stało się coś strasznego. Zostaliśmy
trafieni kilkoma bombami i statek został mocno
uszkodzony. Jeden z pocisków wybuchł w sali szpitalnej.
Lekarze nie przerwali operacji podczas nalotu. Wszyscy,
którzy tam byli, zginęli na miejscu".
Na tym kończy się relacja pielęgniarki.
Ani słowa o pożarze i zatopieniu statku przez
Niemców.
- My też nie wiemy, ile osób tam
spłonęło - tłumaczy się Gerhard Olter, przewodniczący
Mniejszości Niemieckiej w Gdańsku. - Dbamy o pamięć
poległych na "Gustlofie". O "Stuttgarcie" niewiele
wiadomo, tyle tylko, że żołnierze dobijali ludzi, którzy
tam zostali, bo nie było szans, aby ich uratować.
We wszelkich dostępnych
niemieckojęzycznych publikacjach na temat parowca
powtarza się lakoniczne: podczas nalotu statek został
trafiony bombą. Prawie wszyscy zaokrętowani zginęli.
Kriegsmarine nie ma pretensji o
"Stuttgart"
Kilka dni po nalocie w Gotenhafen
rozchodzą się plotki, że statek zatopiono, bo nie było
tam nic cennego. Ładunkiem o znikomej wartości miały być
rzekomo prostytutki, przewożone do lupanarów
obsługujących żołnierzy. Informacja była o tyle
racjonalna, że w Gotenhafen działały dwa Domy Żołnierza,
w których "odpoczywali" Niemcy na przepustkach. Działały
od 1940 r., gdy okupanci zorganizowali sieć domów
publicznych zwanych Deutsche Soldatenhaus. Do
prostytucji były zmuszane m.in. kobiety zatrzymywane
podczas łapanek lub wysyłane na roboty przymusowe.
- To jakaś bzdura - dziwi się komandor
Szulczewski. - "Stuttgart" był statkiem szpitalnym. W
Rosji trwają krwawe walki, półtora miesiąca przed
nalotem Niemcy ponieśli klęskę pod Kurskiem, gdzie
rannych zostało tysiące żołnierzy. Bez żadnych
wątpliwości statek miał zaokrętowanych rannych z Frontu
Wschodniego i personel medyczny.
- Skąd ta historia z prostytutkami?
- Może dlatego, że na statku było dużo
pielęgniarek i ktoś słyszał, jak wołały o pomoc. Trzeba
sobie wyobrazić, co się tam wtedy działo. Jak
oglądaliście film "Pearl Harbor", to będzie wam łatwiej.
Płonie pokład. Po chwili wszystkie szyby komunikacyjne
są już odcięte. Ciężko ranni, a takich transportowano
statkami szpitalnymi, mają znikome szanse na ucieczkę z
płomieni. Leżą, czołgają się, jęczą i krzyczą. Do okien
rzucają się ci, którzy mogą chodzić lub najsilniejsi.
Jednak bulaje są za małe. Mężczyźni szukają wyjścia,
próbują coś robić. Pielęgniarki krzyczą o pomoc.
Przypuszczalnie cały czas liczyli, że ktoś ich zacznie
ratować, w sąsiedztwie stały przecież okręty, po
nabrzeżu chodzili ludzie. Na statku musiały dziać się
okropności. Musimy pamiętać, że w takiej sytuacji odruch
ratowania życia jest najsilniejszy. Odruch ratowania
własnego życia - podkreśla komandor.
Tę wersję wydarzeń potwierdza
Małkowski: - Rozmawiałem po wojnie z dwiema osobami,
które były wtedy w porcie. Niezależnie od siebie
potwierdziły, że widziały mnóstwo kobiet wołających o
pomoc przez otwarte bulaje.
Poza plotkami na temat przyczyny
samozatopienia statku przez Niemców, dostępny jest list
wysłany na dzień przed sylwestrem 1943 r. do
ministerstwa spraw zagranicznych w Berlinie. Dotyczy
ataku amerykańskiego lotnictwa na "Stuttgart". Nadawcą
jest Naczelne Dowództwo Marynarki Wojennej. W piśmie
czytamy: "Dane rządu amerykańskiego wskazują, że w
sąsiedztwie "Stuttgartu" znajdowały się także inne
jednostki pływające. I pożałowania godne trafienie było
efektem ataku na tamte okręty wojenne. Temu nie możemy
zaprzeczyć. Do tego dochodzi to, że "Stuttgart" był w
kamuflażu od strony morza. Więc Amerykanie przy dalszej
wymianie not dyplomatycznych mogliby podnieść argument,
że ich lotnicy nie mogli rozpoznać ŤStuttgartu ť. Przy
tym stanie faktycznym i prawnym celowe wydaje się
odstąpienie od dalszej wymiany not. Tym bardziej że
efekt propagandowy już osiągnięto i rzecz stała się
głośna w prasie międzynarodowej. Gdyby jednak uznano, że
reakcja niemiecka jest potrzebna, to można by podać do
opinii publicznej, że Amerykanie ubolewają z powodu
trafienia "Stuttgartu", ale to nie zmienia faktu, że ich
lotnicy atakowali chaotycznie Gotenhafen, nie zważając
na ryzyko trafienia statku szpitalnego".
- Dlaczego o"Stuttgarcie" wiadomo tak
niewiele? -pytamy dr. Szulczewskiego. - Głośno było o
tragedii "Wilhelma Gustloffa", "Cap Arcony" czy "Goyi".
Wiadomo, ilu tam zginęło ludzi. Pamięć o nich istnieje w
zbiorowej świadomości, a o "Stuttgarcie" cisza.
- Nie jest niczym zaskakującym, że nie
podano do opinii publicznej informacji o samozatopieniu
jednostki z rannymi na pokładzie. Czym tu się chwalić.
Sprawa "Gusttlofa" jest powszechnie znana, bo to była
największa katastrofa morska w dziejach ludzkości,
zginęło tam 10 tys. ludzi, a wrak statku został uznany
oficjalnie za mogiłę wojenną. W dużym uproszczeniu
tragedię "Stuttgartu" można nazwać wypadkiem przy pracy.
Życie straciło w płomieniach maksymalnie 1000 osób.
Wiadomo, każda śmierć jest tragedią, ale ci ludzie brali
udział w wojnie, więc musieli liczyć się z tym, że mogą
zginąć każdego dnia.
Informacje "świadków wydarzenia" nie
znalazły potwierdzenia
Po zdobyciu Gdyni, Rosjanie ogołocili
bazę i miasto praktycznie ze wszystkiego, co dało się
zdemontować i wywieźć. - Pamiętam, jak tuż po wejściu
Ruskie załadowali do pływającego doku krowy, konie i
świnie spędzone do Gdyni z Żuław i Kaszub - wspomina,
śmiejąc się Kohnke. - Tę arkę Noego ciągnęli po Zatoce
do Królewca. W końcu wpadli na mieliznę, a ryki zwierząt
niosły się po wodzie przez wiele godzin.
Emeryt ciężko wzdycha: - Ruscy
zabierali dosłownie wszystko, ale z czasem wycwaniliśmy
się. Gdy straciłem trzy rowery, z kolejnego ściągnąłem
opony. Ten miałem długo, jazda na felgach im nie
pasowała.
Kilka miesięcy po zakończeniu wojny
nierówna walka przeniosła się z ulic do ministerialnych
gabinetów. Po burzliwych dyskusjach w Moskwie polska
delegacja dowiedziała się, że jedna trzecia wraków
zalegających w porcie nie trafi do ZSRR. Rosjanom
przypadły pancernik "Schleswig-Holstein" i krążownik
"Gneisenau". "Stuttgart" trafił się Polakom. Przez
dziesięć powojennych lat spalony, porozrywany pociskami
wrak był już tylko przeszkodą nawigacyjną utrudniającą
ruch na torze wodnym. Brak specjalistycznego sprzętu
-Rosjanie nie chcieli go wypożyczyć - uniemożliwiał
wydobycie wypalonego kadłuba w całości.
Gdy Polskie Ratownictwo Okrętowe
dostało w końcu zgodę ministra żeglugi na wysadzenie
ładunkami wybuchowymi zniszczonego w 65proc. statku,
pojawiły się nowe "komplikacje", w wyniku których
wstrzymano roboty.
- Pojawili się świadkowie, którzy
twierdzili, że okręt został zatopiony wraz z transportem
rannych - mówi prof. Jan Sawicki, historyk z Akademii
Morskiej, autor publikacji "Ratownictwo Morskie w
Polsce". - Informacja trafiła do dyrektora Polskiego
Ratownictwa Okrętowego Aleksandra Młodnickiego, który
zwrócił się w czerwcu 1956 r. do Ministerstwa Żeglugi o
wskazówki postępowania w razie natrafienia na szczątki
ludzkie. W tym samym czasie Prezydium Miejskiej Rady
Narodowej w Gdyni powołało specjalną komisję, która
miała zająć się "upamiętnieniem bestialstwa
hitlerowskiego dokonanego na współrodakach".
W PRO postanowiono, że przed
rozpoczęciem właściwych prac nurkowie dokładnie zbadają
wrak. Prace wstrzymywano jednak, żeby dać czas
Ministerstwu Spraw Zagranicznych na porozumienie się z
władzami NRD i przedstawicielami Niemieckiego Czerwonego
Krzyża, którzy zamierzali przyjechać do Polski.
Nikt jednak w Gdyni się nie pojawił. W
końcu sześciu polskich nurków, pracujących w PRO
dwukrotnie zeszło pod wodę w sierpniu 1956r. Sporządzili
protokół stwierdzający brak ludzkich szczątków we
wraku.
Władze uznały, że tym samym informacje
świadków wydarzeń nie znalazły potwierdzenia. - Tam,
gdzie mogli wpłynąć nurkowie, żadne ludzkie szczątki nie
mogły się zachować - dziwi się komandor. - To jest
strefa przybrzeżna. Morze wypłukało i rozpuściło
wszystko, a nie sądzę, że nurkom w tak zniszczonym
wraku, w ciągu dwóch zejść udało się dotrzeć do
zamkniętych pomieszczeń, tam, gdzie coś mogło się
zachować.
Jeszcze tego samego roku PRO
przystąpiło do zakładania ładunków wybuchowych.
"Stuttgart" wyciągano kawałek po kawałku. Zaplanowano,
że z niemieckiego szpitala do polskich hut trafi 8 tys.
ton złomu. W 1962 r. prace przerwano.
Nie zachowało się nic ciekawego
W 1997 r. Instytut Morski w Gdańsku
postanowił zbadać wrak statku, który leżał na
54°33'33,25'' N długości i 18°37'00,57'' E szerokości
geograficznej. Z pływającego szpitala Kriegsmarine
pozostało niewiele. Iwona Pomian, kustosz Centralnego
Muzeum Morskiego, nurkowała we wraku podczas badań 10
lat temu: -To w ogóle nie wygląda, trochę blach leżących
w dnie i dwumetrowy metalowy szpikulec, czyli resztka
stewy dziobowej. Dramatem jest mazut, który okleja wrak.
Kto myśli, że znajdzie tu cokolwiek, co mogłoby
świadczyć o historii jednostki, jest w dużym błędzie. W
mulistym dnie nie zachowało się tak naprawdę nic
ciekawego.
- "Stuttgart" to tak naprawdę dziś
jedynie smutna historia -mówi Jerzy Janczukowicz, który
był na wszystkich bałtyckich wrakach, nurkuje od pół
wieku. - Z wraku zostały kawałki blach. Poza paliwem,
które wyciekało przez lata z pozostawionych zbiorników,
nie znajdziemy żadnych innych ruchomości. A kości
niemieckich żołnierzy? Większość zamieniła się w proch
podczas pożaru. Te zaś, co pozostały, wymyły bałtyckie
sztormy.
źródło : Gazeta.pl
S/s STUTTGART został wybudowany w
stoczni AG Vulcan w Szczecinie (numer stoczniowy 670)
jako statek pasażerski dla Norddeutscher Lloyd (North
German Lloyd). Był to drugi statek o tej nazwie w
Norddeutscher Lloyd - pierwszyzwodowano w 1890, a
skasowano w 1908.Wodowanie następcy miało miejsce 29
marca 1923, zaś ukończono budowę oficjalnie 4 stycznia
1924 roku.S/s STUTTGART w dziewiczą podróż udał się 15
stycznia 1924 wyruszając z Bremerhaven do Nowego
Jorku.Niemiecki okręt szpitalny LAZARETTSCHIFF C
jeszcze jako statek pasażerski s.s. STUTTGART

S.s. STUTTGART od roku 1930 pływał na
liniach dalekowschodnich. W roku 1938 został sprzedany
nazistowskiej organizacji związkowej DAF (Deutsche
Arbeitsfront) i rozpoczął służbę dla KdF (Kraft durch
Freude) jako statek wycieczkowy ludzi pracy..
W maju 1939 wypłynął z Niemiec, razem z
paroma innymi statkami (wśród których były także inne
"pasażery" jak ROBERT LEY i WILHELM GUSTLOFF), do
Hiszpanii, przewożąc wszelakiego rodzaju pomoc dla
faszystowskiego rządu. W drodze powrotnej do Niemiec
zabrał z portu Vigo część wracającego z wojny domowej w
Hiszpanii osławionego Legionu Condor (793 ludzi) wraz ze
sprzętem.
W obliczu zbliżającego się wybuchu
wojny statek został przejęty przez marynarkę wojenną 25
lipca 1939 roku i skierowany do Afrikawerkstätten,
Hamburg, w celu przebudowy na okręt szpitalny. Już 23
sierpnia 1939 został wcielony do Kriegsmarine jako okręt
szpitalny "C", stąd w obcojęzycznej literaturze znany
jest jako LAZARETTSCHIFF "C" i HOSPITAL SHIP "C".
Niemniej jednak w oficjalnej dokumentacji floty
hitlerowskiej w czasie wojny figurował jako
Lazarettschiff STUTTGART. Wybuch II wojny światowej
zastał statek w Pilawie (Pillau), gdzie stacjonował od
25 sierpnia 1939. 17 września wypłynął do Szczecina, a
29 listopada przebazował do Wesermünde. Pozostał tam aż
do kampanii norweskiej. Od 20 kwietnia 1940 do 15 maja
stał w Oslo. W następnych miesiącach przemieszczał się
między portami norweskimi i niemieckimi (Kirkenes,
Tromsö, Swinemünde, Wesermünde).
Los okrętu dopełnił się w porcie
gdyńskim, przemianowanym przez Niemców na Gotenhafen. 9
października 1943 nastąpił dzienny nalot na Gdynię 350
samolotów 8. Floty Powietrznej USA. Zbombardowane
zostały wtedy: stocznia remontowa przy basenie II,
nabrzeża basenów I, II, III, IV i IX, stojące przy nich
jednostki i sieć torów kolejowych. A jednak, mimo, iż w
porcie stały wielkie okręty, jak GNEISENAU,
SCHLESWIG-HOLSTEIN, ciężkie i lekkie krążowniki, oraz
okręty podwodne, okręty-bazy, okręty mieszkalne, to w
ogromnej większości wyszły z nalotu bez szwanku.
Bomby amerykańskie zatopiły ścigacz
UJ 1210, holownik ATLANTIC (827 BRT) i trawler WILHELM
HUTH (474 BRT), uszkodziły statek CUXHAFEN (1923 BRT),
ale przede wszystkim kilka z nich dosięgło STUTTGART,
który błyskawicznie stanął w płomieniach. Statek miał na
swoim pokładzie wielką liczbę rannych żołnierzy z frontu
wschodniego. Jak wielką, tego do dziś nie ustalono.
Niemal wszyscy zginęli w płomieniach ... Jako okręt
szpitalny był przeznaczony dla 485 pacjentów,138 osób
stanowiło personel medyczny, zaś załoga to około 290
ludzi. Płonący STUTTGART stanowił tak poważne
niebezpieczeństwo dla innych jednostek w bazie, że
został wyprowadzony na redę Gdyni i tam zatopiony razem
z ciałami ofiar. Operacji tej dokonały dozorowce 3.
Sicherungsflottille, zużywając 25 pocisków kalibru 88
mm.Niemcy nie uznali zbombardowania Lazarettschiff
STUTTGART za zbrodnię wojenną. Wprawdzie okręt miał
znaki Czerwonego Krzyża na pokładzie i na burtach, oraz
pozbawiony był uzbrojenia, ale częściowo okrywał go
wojenny kamuflarz.
Wrak statku, a raczej jego marna
pozostalość, spoczywa na dnie Zatoki Gdańskiej,
niedaleko Gdyni, na głębokości ok. 21 metrów. Fragmenty
statku zostały wydobyte w latach 1958-1962, resztki zaś
zdetonowane. Obecnie, to co z niego zostało, bywa
odwiedzane przez płetwonurków, lecz zazwyczaj bez
większego zachwytu.
tekst pochodzi z wydania internetowego "gazety". |